dom,  jesień,  o życiu

I my sami tego chcieliśmy? Czyli o tym co nie było nam potrzebne.

Dziesięć stopni w pokoju

Przytulam się do męża. Przykryci jesteśmy pierzynami (takimi wiesz puchowymi po babci jeszcze) po czubki nosa. Na dworze ciemno. Aż strach wyściubić nos spod tej ciepłej kołderki. W pokoju jest może z 10 stopni. W łazience nie ma ciepłej wody. Kuchnia? Ale to ten jeden palnik nie wystarczy?? Zielony groszek na maśle wychodzi wyśmienity. A my mamy dach nad głową i dom do którego możemy wracać.

I my to sami chcieliśmy?

A no chcieliśmy. Na szczęście to scenariusz sprzed prawie dwudziestu lat. I choć wtedy byłam równie zrozpaczona co szczęśliwa, i choć zarzekałam się, że nigdy więcej tak mieszkać nie chcę to teraz w podobnie spartańskich warunkach przyszło mi spędzić parę tygodni. Choć nie. Ciepło mam. Mam też prysznic i mam prawie kuchnię.

I mam dom. Dom w którym my – nasza rodzina jesteśmy szczęśliwi. Dom w którym jesteśmy razem, blisko. Sami. Spokojni. Po swojemu. Dom który kosztował nas nie tyle kupę pieniędzy co ogrom emocji. Choć nie, pieniędzy również ale to wiadomo samo przez się. Dom na który owszem czasem psioczę i płaczę z bezsilności bo chciałabym go już mieć takiego jak z instagramowego obrazka a tu daleko do takiego stanu. Dom w którym żyjemy, dom który jest naszym centrum wszechświata. Dom bez drzwi. Dom bez pomalowanych ścian, gładzi, paneli, kafelków i innych cudów z Castoramy.

Minimalizm?

I chociaż nie ma jeszcze bieżącej wody w kuchni, i pianka wystaje spod parapetu i wielu wielu rzeczy brak to już kocham moją wspaniała kuchnie.

Nigdy nie byłam minimalistką. Lubię bibeloty, lubię gadżety, kocham książki i buty. Kiedy rok temu przeprowadzaliśmy się z naszego małego mieszkanka w bloku cały czas zastanawiałam się gdzie ja to wszytko co mamy pomieściłam? Tak uwielbiam tetris i jestem w nią dobra może to to? Gdzieś to wszytko miałam poupychane. Dużo rzeczy wyrzuciłam, sprzedałam, rozdałam. I po roku o dziwo mam ich jeszcze więcej. Lub tak mi się wydaje. I co gorsza pewnie z połowy w ogóle przez ten rok nie użyłam?! Nawet nie wiem co w tych kartonach jest?! Nadal ich nie używam. Czyli nie potrzebuję? Znów będzie wyprzedaż?

Okazuje się, że nie potrzebuję tak naprawdę wielu rzeczy. Przez ostatnie 2 tygodnie skręcaliśmy kuchenne meble. Dałam radę? Dałam. Jeden stary elektryczny palnik, który towarzyszy nam od tych prawie dwudziestu lat sprawuje się idealnie. Do tego wolnowar i piekarnik. Tak piekarnik był jednym z najważniejszych zakupów do tej kuchni. I był też jednym z pierwszych sprzętów jakie stanęły w mojej nowej kuchni. Dziury w blacie na zlew dorobiłam się wczoraj wieczorem. Jest szansa że już jutro będę myła naczynia nie pod prysznicem a w kuchennym zlewie. Bardzo na to czekam. Lubie wygodę. A moje plecy tym bardziej.

Wygoda?

Wiadomo wszytko musi nabrać w naszym domu nazwijmy to hmmm…dojrzałości. Wycinania otworów w blacie baliśmy się najbardziej. Dlatego ten zlewozmywak czekał dość długo na swoją kolej. Przed nami jeszcze tylko miejsce na płytę gazową i mam nadzieję dam radę święta przygotować wygodnie. Bo właśnie to tylko i wyłącznie o tę wygodę chodzi. Bo fajnie jest nastawić 3 czy 5 palników z garami niż męczyć się w jednym. O ile wygodniej rozłożyć się na blatach z wałkowaniem makaronu niż gdzieś na brzegu stołu na którym dziecko koloruje Arielkę? Ale czy się nie da? Da się!  Da się też nie mieć paneli, płytek i pomalowanych ścian. Da się nie mieć drzwi wewnętrznych w pokojach.  Te do łazienki są. Dla wygody, spokoju nie tylko naszego ale i naszych gości ;-p

Perspetywa

I nie tylko, że się da ale zmienia to zupełnie perspektywę. Może i nawet nie o docenianie tego co się ma i odnajdywanie tego co się naprawdę potrzebuje, bo to samo przychodzi, ale i inne spojrzenie na to czego się chce. Zmienia się spojrzenie. Zupełnie inaczej człowiek podchodzi do czegoś co ma od czasu do czasu i sobie wyobraża jak to będzie. A inaczej kiedy przychodzi Ci funkcjonować w danym miejscu. Taka chociażby łazienka. Pisałam Ci jakie mam plany. Co bym chciała i jak bym chciała. I co? I jest lekko inaczej. To głównie dlatego, że ciężko nam było znaleźć odpowiednią wannę a na wymarzony prysznic przyszło by nam czekać minimum 2 miesiące. A bez prysznica, o nie, nie dało się. Wytrzymaliśmy 3 dni. W sumie nawet nie 3 bo trzeciego to już mieliśmy go złożonego. Szybka wizyta u naszej najbliższej ostatnio przyjaciółki Castoramy i prysznic stoi. Być może przejściowy, prowizorka ale jest. A wiadomo prowizorki sprawdzają się najlepiej i najdłużej. I tyle. W łazience nie ma nawet farby na ścianach. Płytek nie będzie wcale. Ale o tym jeszcze napiszę.  Podstawowe potrzeby mamy zaspokojone. Zbieramy siły, czas i pieniądze na dalsze prace. I myślę, że takie rozwiązanie jest całkiem fajne. Bo jeżeli chcesz faktycznie dostosować dom do swoich potrzeb to tylko dokładnie je poznając w danym miejscu możesz je zaspokoić.

Ciepełko.

Bo właśnie z tym czasem, siłami i pieniędzmi to chyba budując dom najtrudniej. Ale o tym kiedyś indziej.

Dzisiaj chcę Ci napisać, że tak naprawdę ważne jest ciepło. I to fizyczne ( o które przyjdzie pewnie mi płakać  jak przyjdzie rachunek za gaz ;-p) ale przede wszystkim to rodzinne. To które w piątkowy wieczór podnosi swoja temperaturę gdy skubiąc popcorn urządzamy wieczór filmowy czy w sobotni poranek, kiedy każdy powoli się szwęda  i robi to na co ma ochotę. Czy niedzielny dzień przepełniony farbą i panelami układanymi całą rodzinką.

 

Jestem wdzięczna, że jest jak jest.