o życiu

Pani Krysia z bloku numer trzynaście czyli o tęsknocie

Cmentarz

Była jesień albo wiosna. Nie pamiętam zupełnie. Wiem, że nie była to zima i nie był to letni upał. Było tak średnio. Nie padało. Było spokojnie. Pierwszy raz w życiu tam pojechałam. Graniczna dzielnica wielkiego miasta. Na samym jej końcu cmentarz. Skromna ceremonia. Kompletnie nie pamiętam twarzy, osób, miejsca. Trudno przypomnieć sobie jakieś szczegóły tej chwili. Ale pamiętam dreszcze, bicie serca i to uczucie, które zawsze mam kiedy kończy się czyjeś życie. Nie potrafię go opisać. Jakby serce rozpadało się na milion części i to tak zupełnie nie metaforycznie. Tak fizycznie. Nie możesz oddychać, myśleć, mówić. Uczucie, które nader mocno targa ciałem i duszą gdy odchodzi ktoś bliski.

Przychodnia.

Kiedy obroniłam licencjat wiedziałam, że muszę znaleźć pracę. Bardzo wtedy jej potrzebowałam. Zwyczajnie. Trzeba było coś jeść
czasem pić :-p Jedną nogą byłam już w restauracji pod złotymi łukami. To tam bez doświadczenia, wtedy jeszcze bez prawa wykonywania zawodu i na dodatek w godzinach mi odpowiadających miałam zacząć swoją zawodową przygodę. Ale zadzwoniła Marta. Pojechałam na rozmowę. Na drugi koniec świata. Autobusem, 3 tramwajami i kolejnym autobusem. I dała mi szanse. I zostałam tam przez wiele kolejnych lat. Nauczyłam się tam wiele o życiu, ludziach i moim zawodzie. Połknęłam wiele gorzkich łez ale i przeżyłam wiele pięknych chwil. Pacjentów pamiętam do dzisiaj. Czasem zastanawiam się co u nich. Niektórych odprowadziłam na wieczny odpoczynek. Niektórych podziwiam zza szklanego ekranu.

Pani Krysia, pan od lampy, pani Irenka

1 listopada. Trudny dzień. Bo śmierć to trudny temat. Myślę w ten dzień o wszystkich moich bliskich. O teściu, maleńkiej córce, dziadkach, babci. O sąsiadce, która spłonęła w swoim łóżku. O pacjentach. Dziś właśnie przyśniła mi się Pani Krysia.

Tak zwyczajnie jakby to było wczoraj, a nie z 15 lat temu, przyniosła mi potrawkę z kurczaka na obiad. W czerwonym garnuszku, przykrytym talerzykiem i owinięty w wykrochmalony bielutki ręczniczek kuchenny. Najlepszą potrawkę na świecie. Nawet moja mama takiej nie robiła. Ta była wyjątkowa. Taka jak pani Krysia. I tak jak wspomnienie jej pogrzebu. Spokój, cisza. Tak jak ona. Spokojna, przyjazna, dobra. Pani Krysia z bloku numer trzynaście. Tym zaraz obok przychodni.

Bo kiedy pracujesz dzień w dzień po 12h przez całe wakacje to ci ludzie, twoi pacjenci, nagle stają się bliscy jak rodzina. Z nimi jesz śniadanie, wypijasz kawy, jesz obiad. Wiesz o nich dużo. Czasem więcej niż ich rodzina. Jesteś i słuchasz. Czasem dostaniesz po uszach bo lekarz za wolno przyjmuje albo NFZ czegoś nie refunduje albo zwyczajnie zapomnisz o czymś. Czasem przyniosą ciasto z imprezy urodzinowej albo placki ziemniaczane bo podobno lubisz.  Albo będą Ci się każdego dnia oświadczać nie zważając na to, że jednego męża już masz. A jako pierścionek zaręczynowy przyniosą lampkę nocną na którą uzbierali ostatnie drobne. Albo będą Cię codziennie wyzywać, że znów przyszłaś i robisz zastrzyki, zmieniasz opatrunki ale tak naprawdę to czekają na twoje przyjście byle sobie pogadać, poopowiadać, zostać wysłuchanym.

Luksusowa praca

Praca w małej przychodni rodzinnej, praca w środowisku, na dodatek  w pewnej zamkniętej społeczności to wyjątkowe doświadczenie. To tak trochę społeczność w społeczności. Taka mała wieś, miasteczko. Każdy o każdym wszystko. Każdy z każdym.  Jesteśmy przy sobie, dla siebie. I czasem ta rozmowa, to bycie razem jest o wiele ważniejsze niż wszystkie leki, operacje i inne cuda.

I miało być o dzisiejszym święcie a wyszło….to chyba ten dzień tak mnie dziś nastroił. Albo nowy serial, który oglądam po nocach.  I choć już wiele lat nie pracuję bezpośrednio z pacjentami, w placówkach typowo medycznych to myślę, że tak naprawdę pielęgniarka się jest. Czasem wszelkie tytuły, kursy to mało. Jestem wdzięczna, że było mi dane poznać tych wszystkich ludzi. Mam nadzieję, że i ja wniosłam coś do ich życia. Oni nauczyli mnie słuchać, być, rozumieć i rozpoznawać ich potrzeby. Nauczyli minie wyznaczać granice. Nauczyli mnie tego co najpiękniejsze w mojej pracy. Tego za czym często tęsknie. Bo taka praca to wręcz luksus. Bez ślepego pędu za procedurami, punktami, pieniędzmi. Praca taka jak powinna być. Z pacjentem. Dla niego. Ale kto powiedział, że mamy odmawiać sobie luksusu?