dom,  o życiu

Wieś wsi nie równa czyli o tym co mam i chciałbym mieć.

Wieś, którą teraz mam.

Od roku mieszkamy na wsi. Takiej prawdziwej. Takiej z kurami w co drugim

gospodarstwie. Z kozami, królikami, krowami dającymi mleko u sąsiada za miedzą. Z bezkresem pól gdy wychodzi się na dwór. Z sarnami obgryzającymi drzewka. Z dzikami ryjącymi w ogródku i aktualnie 2 watahami wilków w pobliskim lesie.

Trafiliśmy tu tak trochę przez przypadek. Było to zupełnie nieplanowane. Wyszło jak wyszło. Miało być tymczasowo. Stwierdziliśmy damy radę, przeczekamy, przeżyjemy. Wręcz z wyssanym z mlekiem matki wstrętem do wsi. A my się zakochaliśmy….

Nigdy nie myśleliśmy, żeby się wyprowadzić w takie miejsce (pomimo mojego odgrażania się Bieszczadami). Kupując działkę pod budowę domu widzieliśmy raczej minusy takiej lokalizacji a nie plusy. Byliśmy pewni, że na wsi pod większym miastem będzie nam idealnie. Wszędzie blisko. A jednak cisza spokój. Jednej rzeczy nie braliśmy pod uwagę, że ta nasza podmiejska wieś stanie się wręcz dzielnica tego miasta. nie braliśmy pod uwagę takiego szybkiego rozwoju. I choć na razie jest jeszcze cisza i spokój nawet większy niż tutaj gdzie mieszkamy obecnie to brak tej przestrzeni i ludzi tu mieszkających będzie dokuczać najbardziej.

Pani Lila, jajka i ogórki

Bo to kiedy Pani Lila przynosi ci jeszcze ciepłe jajka od zielononóżki a za rogiem masz świeżo złowione ryby. Parę ulic dalej możesz uśmiechnąć się o pyszne mleko, masło czy twarożek. A w piątki na rynek przyjeżdża pani z najlepszymi na świecie pomidorami i musisz wstać wcześnie, żeby się nie nie załapać. Gdy w lumpeksie możesz kupić najlepszy na świecie miód i pierzgę. Gdy sąsiadka przynosi ci zupę bo jej się za dużo nagotowało a wie że twoja córka bardzo lubi. Albo pod drzwiami zastajesz karton ogórasów do kiszenia bo obrodziły. Gdy idziesz do sklepu a tam koleś w szlafroku wpadł po bułki i nikogo to nie dziwi. Gdy podjeżdża pani z sąsiedniej wsi z obwoźnym sklepem ze swoimi plonami a przy okazji zdradza ci tajemnice najlepszej kiełbasy dostępnej tylko z białej budki w środy. Gdy widzisz, że akceptują Cie takim jakim jesteś. Nie spinają się, nie porównują i nie spieszą. O tak nie spieszą, nie zawsze patrzą na zegarek. I nie zawsze wiesz czy jak mówią, że przyjdą w środę to ta środa jutrzejsza czy za tydzień albo w piątek ;-p No jak tego nie kochać?

A w mieście nie ma tego co na wsi

Nie wiem jakoś w mieście tego nie zaznałam. Wszyscy pędzą. Porównują się ze sobą. Prześcigają się kto ma dłuższego hmmm jamnika :-p Siedzą w tych swoich telefonach, komputerach. Budują świątynie ze swoich mieszkań, domów, w których prawie nie mieszkają.  Śniadania jedzą w knajpkach, podobnie lunche, brunche i obiadkokolacje. W biegu „wrzucają coś na ruszt”. Kalorie spalają w siłowni zamiast w lesie. Robią za ubermamę i ubertatę. Czasem zastanawiają się ile tych dzieci mają i czy kogoś po drodze nie zgubili ;-p Biegają i nakręcają się od rana do nocy. Oczywiście przerysowywuję ale mam wielu znajomych, u których to tak właśnie wygląda. Biegną i gonią za własnym ogonem. Bo rachunki, bo lepiej, byle do przodu, byle się pokazać, byle być lepszym od sąsiada. Ale czy tędy droga?

Ale jak tak nie chcę

Tak właśnie wyglądało moje dzieciństwo. Rodzice ciagle w pracy. Dzieci w szkole, na zajęciach pozalekcyjnych, albo zajmowały same sobą. Ba ja sama tak zaczynałam. Ale tak nie chcę. Chcę by moje dzieci miały inne wspomnienia. I tak się zastanawiam co z ta moją wsią. Czy ta na którą się przeprowadzamy będzie taka prawdziwa? Zwyczajna? Normalna? Zapowiada się hmmm… w sumie nie wiem do końca. Pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne. Ale im dalej w las… No zobaczymy co życie przyniesie. Połowa sukcesu to to, że wiem czego chcę. Druga połowa zależy ode mnie. Tego jak do tego podejdę i jak szeroko otworze drzwi prawda?