holistyczne,  oddycham,  Rok zupy,  smakuję

Magiczna zupa, która… nie leczy

Para bucha znad garnka.

W powietrzu tymianek, rozmaryn, warzywa, przyprawy. Co jakiś czas podnoszę pokrywkę, zaglądam, dorzucam coś jeszcze. Marchew. Pietruszkę. Kawałek selera. Por. Kilka ziaren kminku. Kurkumę.

I czas.

Dużo czasu.

Kiedy pisałam pierwszy tekst o zupie mocy, zaczęłam od historii o drobnej kobiecie pochylonej nad kociołkiem. Warzyła lek dla swojej rodziny. Lek, który miał dawać siłę, wzmacniać i chronić przed chorobami.

Dzisiaj nie napisałabym już, że warzę lek.

Napisałabym, że gotuję zupę.

I paradoksalnie — po tych kolejnych latach nauki i pracy z medycyną chińską — mam do tego garnka chyba jeszcze więcej szacunku niż wtedy.

Bo zupa mocy nie leczy

Nie zastąpi lekarza. Nie wyleczy infekcji. Nie naprawi niedoborów. Nie jest receptą na odporność ani magicznym sposobem na wszystkie zimowe bolączki.

Ale może być częścią codzienności, która nam służy.

Ciepłym, długo gotowanym posiłkiem. Jedzeniem przygotowanym z sezonowych produktów. Bazą kolejnych dań. Miską czegoś ciepłego po powrocie z zimna.

A w medycynie chińskiej właśnie ta zwyczajna codzienność ma ogromne znaczenie.

Nie tylko co jemy.

Także kiedy.
Jak.
W jakiej postaci.
O jakiej porze roku.
I wreszcie — kto to wszystko je.

Bo to, co będzie dobrym wyborem dla jednej osoby, niekoniecznie będzie nim dla drugiej.

Zimą natura nie pędzi

To chyba jedna z rzeczy, które dziś rozumiem zupełnie inaczej niż chociażby te siedem lat temu.

Zima w medycynie chińskiej należy do Przemiany Wody. To czas największego Yin. Czas wycofania, przechowywania, zwolnienia.

Spójrz za okno.

Natura nie robi w styczniu detoksu. Nie wypuszcza nowych liści. Nie kwitnie na siłę, bo właśnie zaczął się nowy rok i wypadałoby zostać „najlepszą wersją siebie”.

Oszczędza.

Chowa.

Czeka.

A my?

Pierwszego stycznia kupujemy blender i zaczynamy od soku z selera, zimnego koktajlu i sałaty.

I żeby było jasne — nie mam wojny z sałatą. 😉

Medycyna chińska nauczyła mnie raczej zadawać inne pytanie:

czy właśnie tego potrzebuję teraz?

Bo może zamiast kolejnej rzeczy, którą trzeba sobie odebrać, wykluczyć albo „oczyścić”, potrzebujemy czegoś zupełnie odwrotnego.

Odżywienia.
Ciepła.
Regularności.
Odpoczynku.

I tutaj wraca mój garnek

Marchew, pietruszka, seler, por. Dobrej jakości mięso, jeśli go używam. Tymianek, rozmaryn, trochę przypraw.

Woda.

I kilka godzin spokojnego pyrkania.

Nie dlatego, że po ośmiu godzinach w garnku pojawia się jakaś tajemnicza substancja zwana „energią”.

Kiedy w medycynie chińskiej mówię o Qi, nie mówię o mierzalnej wartości odżywczej ani o „energii” w rozumieniu współczesnej fizjologii. To pojęcie należące do tradycyjnego systemu medycyny chińskiej i opisujące funkcjonowanie organizmu w ramach tego systemu.

Podobnie kiedy mówię o Nerkach, Śledzionie czy Wątrobie — pisanych przeze mnie dużą literą — mam na myśli funkcjonalne pojęcia medycyny chińskiej, a nie wyłącznie narządy anatomiczne.

I to rozróżnienie jest ważne.

Czy trzeba gotować według Pięciu Przemian?

Kiedyś wielką wagę przywiązywałam do kolejności wrzucania składników do garnka.

Drewno. Ogień. Ziemia. Metal. Woda.

Dziś patrzę na dietetykę chińską szerzej.

Pięć Przemian to nie instrukcja obsługi garnka.

To jeden ze sposobów opisywania relacji zachodzących w naturze i człowieku: smaków, pór roku, kierunków, funkcji organizmu i zmian, którym nieustannie podlegamy.

Dlatego bardziej niż pilnowanie, czy marchew wpadła do garnka przed pietruszką, interesuje mnie dziś cała kompozycja posiłku i człowiek, dla którego go przygotowuję.

Jego konstytucja.

Objawy.

Pora roku.

To, czy marznie, czy jest mu ciągle gorąco. Czy jest osłabiony. Czy występują cechy Wilgoci, Gorąca, Zimna, Niedoboru Qi, Krwi, Yin czy Yang.

Bo nie ma jednej „zupy mocy” dla wszystkich.

I chyba właśnie to jest najbardziej chińskie w całej tej historii.

A co z chińskimi ziołami w rosole?

W starym tekście napisałam:

„Dodaj kilka chińskich ziół i zupa będzie mega lekarstwem na różne dolegliwości”.

Dzisiaj aż się do siebie z wtedy uśmiecham.

Nie.

Chińskie zioła to nie są magiczne jagódki, które dorzucamy do rosołu, bo mają „dobrą energię”.

Receptury ziołowe w medycynie chińskiej dobiera się do rozpoznanego wzorca, a nie wyłącznie do nazwy dolegliwości. Ten sam objaw u dwóch osób może wynikać z zupełnie różnych wzorców i wymagać zupełnie innego postępowania.

Dlatego nie podam tutaj zestawu „ziół na odporność”, „ziół na Nerki” ani „ziół na zimę”.

I chyba to najlepiej pokazuje, jak zmieniło się moje myślenie przez te lata.

Im więcej wiem, tym mniej wierzę w uniwersalne recepty.
Choć sumie czy kiedyś wierzyłam? Raczej może chciałam pokazać ludziom, że się da inaczej.

Więc po co gotuję zupę mocy?

Bo ją lubię.

Bo pachnie domem.

Bo zimą mam ochotę na jedzenie ciepłe, gotowane i sycące.

Bo z jednego garnka mam wywar, który mogę wypić z kubka albo wykorzystać jako bazę do kolejnej zupy, sosu czy congee.

Bo po powrocie z zimnego dworu miska gorącego rosołu smakuje mi zdecydowanie bardziej niż sałata wyciągnięta z lodówki.

I dlatego, że medycyna chińska przez te wszystkie lata nauczyła mnie czegoś, czego w 2009 roku jeszcze chyba do końca nie rozumiałam.

Nie wszystko, co nam służy, musi nas leczyć.

Czasem wystarczy, że odżywia.
Rozgrzewa.
Smakuje.
Każe na chwilę usiąść przy stole.

Para nadal bucha znad mojego garnka.

Nadal wrzucam do niego marchew, pietruszkę, zioła i przyprawy.

Nadal zostawiam go na kilka godzin.

Tylko dziś wiem już, że nie potrzebuję nazywać tego magią.

Choć kiedy nalewam gorący wywar do miski w zimny dzień…

odrobiny magii nadal bym mu nie odbierała.

Jedna zupa. Różne potrzeby.

I tutaj zaczyna się to, co w medycynie chińskiej lubię najbardziej.

Nie ma jednej zupy mocy dla wszystkich.

Ten sam garnek mogę potraktować jako bazę, a jego charakter zmieniać zależnie od pory roku, pogody i — przede wszystkim — osoby, dla której gotuję.

Kiedy jest zimno, mokro i marzniesz

Zupa może być bardziej rozgrzewająca i aromatyczna. Sięgam wtedy chętniej po imbir, por, cebulę, odrobinę cynamonu, goździków czy pieprzu. Długie gotowanie i ciepła forma posiłku dobrze wpisują się w zimową kuchnię.

W języku medycyny chińskiej powiedzielibyśmy, że wybieramy produkty o bardziej ogrzewającej naturze i ograniczamy nadmiar tego, co zimne i surowe.

Kiedy czujesz ciężkość i „zastanie”

Nie zawsze najlepszym pomysłem będzie najbardziej tłusty rosół świata.

W takim garnku chętniej widzę warzywa, kawałek świeżego imbiru, koper włoski, trochę jęczmienia* albo niewielką ilość fasoli adzuki. Zupa może być lżejsza, ale nadal ciepła i gotowana.

W dietetyce chińskiej przy obrazie Wilgoci patrzymy nie tylko na pojedyncze produkty, ale na całą dietę — jej regularność, ilość produktów ciężkich, tłustych, słodkich czy nabiału oraz sposób przygotowywania posiłków.

Kiedy jesteś zmęczona i potrzebujesz odżywienia

Wtedy nie próbuję zrobić z zupy „detoksu”.

Wręcz przeciwnie.

Dobra baza, warzywa korzeniowe, ryż, kasza, jajko, mięso — zależnie od sposobu odżywiania i konkretnej osoby — mogą zmienić lekki wywar w normalny, odżywczy posiłek.

W chińskiej dietetyce powiedzielibyśmy, że zamiast ciągle coś „usuwać”, czasami trzeba zacząć budować.

A kiedy jest ci ciągle gorąco?

Tu właśnie widać, dlaczego nie wierzę w uniwersalny przepis na „zupę mocy”.

Jeśli ktoś ma wyraźne objawy Gorąca, nie będę automatycznie zasypywać jego garnka imbirem, cynamonem, goździkami i pieprzem tylko dlatego, że jest styczeń.

Pora roku jest ważna. Ale człowiek jest ważniejszy.

I chyba to jest najkrótsza lekcja dietetyki medycyny chińskiej, jaką mogę Ci zostawić:

nie pytaj tylko: „czy to jest zdrowe?”. Zapytaj: „czy to jest dobre dla mnie — właśnie teraz?”.

* Dobór produktów zawsze zależy od indywidualnej sytuacji; powyższe przykłady pokazują sposób myślenia dietetyki chińskiej, a nie stanowią zaleceń dotyczących leczenia konkretnych dolegliwości.

9 komentarzy